Fragmenty
Każda historia zaczyna się od jednego słowa.
Tutaj możesz zajrzeć do świata Nocturnu – poznać bohaterów, ich emocje i tajemnice.
To tylko wycinki większej całości, ale już one pozwolą Ci poczuć atmosferę,
w której światło splata się z cieniem, a miłość z przeznaczeniem.
Prolog
Śniący
Nikt nie oddychał spokojnie. W komnacie panował półmrok, a jedynym źródłem światła były świece – ich płomienie drgały, rzucając poszarpane cienie na ściany. Ustawiono je w półokręgu za mężczyzną pochylonym nad miedzianą misą. Z palonych w niej ziół unosił się dym. Gryzący, gorzki – zostawiał w ustach smak popiołu.
Śniący był w transie.
Obserwowało go dwoje ludzi – brzemienna kobieta i mężczyzna w krótkim, ciemnym płaszczu. Kobieta odruchowo gładziła brzuch, próbując uspokoić nie tylko siebie, ale i dziecko. Mężczyzna opierał poznaczoną bliznami dłoń na brodzie. Wpatrzony w podłogę milczał – pogrążony w myślach.
– A jeśli ta przepowiednia go nie dotyczy, Calederze? – zapytała kobieta.– Amaris… – Mężczyzna wziął wdech. – Chciałbym w to wierzyć. Ale tylko Berian będzie znał odpowiedź. A my…
Urwał, gdy płomienie świec zatrzepotały, a Śniący przeciągnął dłonią po kamiennej posadzce – rysując ją paznokciami i znacząc krwią.
Blady i oblany potem Berian, zaczął pisać coś palcem – bez ładu, nerwowo, jakby nie panował nad własną ręką.
Nagle urwał i zaczerpnął gwałtownie tchu, jakby potrzebował całego powietrza jakie znajdowało się w pomieszczeniu. Oczy mężczyzny, przed chwilą jeszcze białe, odzyskały swój naturalny, brązowy kolor. Spojrzał na królewską parę. W jego spojrzeniu był ciężar tego, co zobaczył.
– Mów – odezwał się Caleder. Głos miał ochrypły. – Co widziałeś?– Przyjacielu, nie każ nam czekać – dodała Amaris.– Zniszczenie. Smoki. Wszystko strawione ogniem – mówił z trudem. Jego czoło wciąż rosił gęsty pot.
Kobieta cofnęła się o krok, a mąż objął ją ramieniem.
– To niemożliwe. Smoków nie widziano od tysięcy lat! – zaprotestował król.– Widziałem też dziecko – wzrok mężczyzny powędrował do brzucha Amaris. – Chłopca. Ale nie był sam. Obok stała dziewczynka, a za nią siedem figur. Jedna z nich była skrzydlata.
Berian opuścił wzrok. Wahał się.
– Otrzymałem przepowiednię. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy dotyczy waszego syna.– Jeśli nie nasz syn, to kto? – król zrobił krok do przodu.
Zapadła cisza. Każde z osobna odmawiało skonfrontowania się z prawdą.
– Zapamiętałeś tekst? – zapytała szeptem królowa.– Jest… tutaj – Śniący wskazał zakrwawionym palcem podłogę. Na kamieniu były niewyraźne słowa.
Para królewska podeszła bliżej. Głosem niewiele głośniejszym od szeptu Amaris przeczytała:
Wilk zrodzony w krwawym księżycu,
zawyje, gdy świat zapłonie.
Serce złożone na trzech ołtarzach
– na nowo zrodzone.
Gdy Pamięć odnajdzie Echo
w labiryncie, różą –
do świata nowego przyjdzie,
ogniem i burzą.
Małżonkowie wymienili spojrzenia.
– Berianie, powiedz prawdę. Jeśli widziałeś… – zaczął król.
– Naprawdę nie wiem. Myrrhaen pokazuje mi tyle, ile chce. A ostatnio… jest niespokojna.
– Czy mówiła coś jeszcze? – zapytała Amaris.
– Nie. Zawsze przemawia zagadkami. Aton zasugerował, że to wizja sięgająca czasów, zanim staliśmy się wilkołakami.
– Muszę porozmawiać z Gerrothem – postanowił król.
– Jeśli wilk Beriana nie powiedział nic konkretnego, to ani Gerroth, ani Avelis też nic nam nie zdradzą. Calederze zastanów się. Wilki nie mogą ingerować – Amaris spojrzała w oczy męża.
Zapadła cisza.
– Więc co nam zostaje? Ta przepowiednia… kilku przed nami już w nią uwierzyło.
– I za każdym razem żądała ceny – dodała kobieta.
– Czekanie – odparł Berian. – Wejdę tam raz jeszcze.
– Nie śmielibyśmy cię o to prosić. Śnienie nazywają darem, ale to dług – królowa wbiła wzrok w ziemię.
– Znam ryzyko i spróbuję. Dla was.
Berian podszedł i ujął ich dłonie.
– Jesteście jak rodzina. Zrobię to.
Caleder skinął głową, a Amaris dotknęła policzka Beriana. Potem wyszli z komnaty w milczeniu, zostawiając Śniącego samego.
Berian wrócił do misy.
Usiadł przed nią nieruchomo, wsłuchując się we własny oddech. Dym był cięższy, wilgotny. Coś w nim pachniało ziemią. Zgnilizną.
Kiedy opadały mu powieki – w kącie poruszył się cień.
Nie skrzypnęły deski.
Nie zatrzepotał płomień świecy.
Na granicy snu i jawy Śniący usłyszał kobiecy śmiech. Blisko. Zbyt blisko.
– Amaris? – uśmiechnął się.
– Za dużo snów, Berianie. Możesz się już nie obudzić.
Natychmiast otworzył oczy – nikogo nie było. Dym w misie zgęstniał i przybrał kolor starej krwi. Berian poczuł jak zapada się pod ziemię. Wiedział, że ktoś już był po drugiej stronie.
I czekał.
1
Bianka
Obudziłam się nagle, z niepokojem, którego nie potrafiłam nazwać. Ale byłam sama – jak zawsze. Patrzyłam więc w sufit. W drewnianej belce, niemal bez końca ciągnęło się znajome pęknięcie. Wyglądała tak, jakby zaraz miała się rozpaść, ale trzymała wbrew wszystkiemu. Poruszyłam się. Dwa coraz większe pęknięcia…
Dwa?
Zmrużyłam oczy. Gdy wzrok się wyostrzył, w dodatkowym pęknięciu zobaczyłam oko. Przełknęłam ślinę. Wtedy drgnęło – przyglądało mi się uważnie.
Mrugnęłam. Wszystko zniknęło.
Ale przecież…
Serce uderzyło mi mocniej.
Przez małe, brudne okienko wpadły ostre promienie słońca. Oślepiły mnie bez litości. Westchnęłam i przetarłam oczy. Obróciłam się na drugi bok i podniosłam telefon. Na potłuczonym ekranie była 6:18.
Cholera.
Moje serce przyspieszyło. Wstałam z trudem – po nocy na zużytym materacu bolało mnie całe ciało.
W kącie stało stare lustro z pękniętą ramą. Spojrzałam w nie. Chciałam zobaczyć coś więcej, niż chudą dziewczynę w za dużej męskiej koszulce. Odruchowo dotknęłam włosów. Długich i ciemnobrązowych, jak u mojej matki.
Wpatrywałam się tak intensywnie, że miałam niemal pewność, że coś zobaczę. Ale nic się nie wydarzyło. Ostatecznie musiałam odwrócić wzrok – dopadł mnie kaszel. Przez sekundę wydawało mi się, że powietrze pachnie inaczej. Ale potem znowu było tylko kurzem.
Rozejrzałam się i westchnęłam ciężko. Wilgoć sączyła się z dachu na jedną ze ścian przy której stały trzy pożółkłe materace. Obok nich, ktoś wyskrobał w tynku swoje imię z dopiskiem „wciąż tu jestem”. Pocieszałam się myślą, że nie byłam tu jedyna. Lądowała tu każda sierota – jak wszystko, co niepotrzebne.
Przecież jeśli zniknę – pomyślałam patrząc na wirujący w powietrzu kurz – nikt nawet nie zauważy. Może powinnam odejść i nigdy nie wrócić? Nie wyjdę dobrze za mąż ani nie wywalczę sobie pozycji, bo do tego potrzebny jest wilk. Dobra Myrrhaen…
Bianka!
Głos w głowie rozdarł moje myśli. Złapałam się odruchowo za uszy, choć wiedziałam, że to nic nie da.
Gabinet. Trzy minuty.
Przeklęty dar Alf – pomyślałam.
Zerknęłam w lustro po raz ostatni. A potem pobiegłam do gabinetu Erika Sandmana.
𓃦
Gabinet był jasny, pusty i niemal sterylnie czysty. Wszystko było tu uporządkowane, każda rzecz miała swoje miejsce. Gdy Alfa wziął głęboki wdech i nieznacznie się skrzywił, skurczyłam się w sobie. Dopiero po chwili ciszy, przeczesując szpakowate włosy powiedział:
– Siadaj.
Nie podnosząc wzroku znad komputera, wskazał mi palcem krzesło. Stało po drugiej stronie szklanego biurka. Bałam się ruszyć. Moje dłonie zrobiły się zimne od potu.
– Siadajże w końcu! – warknął, ale szybko się opanował.
Dopadłam do fotela. Sandman poprawił długopis, który nie leżał prosto obok pozostałych dwóch.
– Co robiłaś zanim cię wezwałem?
– Byłam na strychu. Sama – dodałam szybko.
– Mhm. Przynajmniej jesteś przewidywalna. Nie garb się.
Mięśnie zapiekły, a kręgosłup sam się napiął. Oddychanie przychodziło mi z coraz większym trudem.
– Będziemy mieć gościa. Przyjedzie do nas Alfa z Północy. Ty i kilka Sigm przygotujecie dom. On nie lubi… niedoskonałości. Pamiętaj o tym. Możesz już iść – dodał i podniósł na chwilę wzrok. Na moment zamilkł. A potem dodał: – I zwiąż włosy w kucyk. Wiesz, że taką lubię cię najbardziej.
Pokiwałam szybko głową.
Gdy wstawałam, potknęłam się. Żeby nie upaść, złapałam się szklanego blatu. Mebel zgrzytnął głośno po marmurowej podłodze.
Sandman zacisnął szczękę, a na jego szyi pojawiła się żyła. Zacisnęłam odruchowo oczy. Otworzyłam je dopiero, gdy cisza trwała za długo. Alfa siedział nieruchomo i z niesmakiem na twarzy przyglądał się moim dłoniom.
Ruszyłam do wyjścia najszybciej, jak się dało. Gdy drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem, oparłam się o nie plecami i wypuściłam powietrze z płuc. Dopiero chłód klamki uświadomił mi, jak bardzo drżą mi dłonie.
𓃦
Zapach topionego masła znalazł mnie jeszcze przed zakrętem korytarza. Zajrzałam przez uchylone drzwi – zupa bulgotała już w ogromnym garze, na żeliwnej patelni karmelizowała się cebula, a gdzieś w spiżarni ktoś szurał drewnianą drabinką i wzdychał ciężko.
Uśmiechnęłam się.
Za progiem kuchni wszystko było inne. Jaśniejsze, cieplejsze i całe w mące. Oparłam się biodrem o stół i wzięłam pierwszy głęboki wdech.
Po chwili usłyszałam rumor przewracanych garnków.
– Nosz jasna cholera!
– Adelo, wszystko w porządku?
Ze spiżarni wysunęła się głowa ze zwichrowanym kokiem.
– Zaspałaś, lilijko – rzuciła ze śmiechem. – Zjedz coś.
– Nie jestem głodna.
Popatrzyła na mnie spode łba. Westchnęłam i zabrałam się za mycie naczyń, których nie zdążyła posprzątać.
– Wiesz, w tym roku wiosna przyszła szybciej – powiedziała i postawiła na kuchni blachę do smażenia naleśników.
Wzruszyłam ramionami, ale zaczęłam wolniej wycierać naczynia.
– Mam dla ciebie prezent.
– Naprawdę? – kubek wyślizgnął mi się z ręki i wpadł z pluskiem do wody.
– To nic wielkiego, ale powinno ci się spodobać.
Na talerzu wylądował parujący naleśnik, a mi zaburczało w brzuchu.
– Z wilkiem nadal cisza? – zerknęła na mnie przez ramię.
–Tak… – szepnęłam.
– Nie przejmuj się. Boginie szykują dla ciebie coś wyjątkowego.
– A jeśli wcale się nie odezwie?
– To nauczysz się z tym żyć.
Odwróciła się na chwilę, a ja skorzystałam z okazji. Chwyciłam naleśnika i w ostatniej chwili uskoczyłam przed drewnianą łyżką, którą chciała mnie pacnąć.
– Jemy przy stole, a nie w biegu!
– Nie ja.
– Właśnie ty. Dlaczego nie chcesz jeść z innymi?
Wbiłam wzrok w podłogę.
– Chodzi o Giselle? Co ja ci o niej mówiłam? – przechyliła głowę i drewnianą chochlę w przeciwnych kierunkach.
– To nie ma znaczenia. Lepiej, gdy się nie widujemy. Jestem szczęśliwsza i ona też.
– A ten chłopak?
– Który?
Adela tylko się uśmiechnęła.
– Gdybyś wiedziała, jaki czeka cię los, biegałabyś po lesie i krzyczała.
– Tak, tak… – mruknęłam. – Idę sprzątać.
Wyszłam, zanim zdążyła coś dodać. Chwilę później potknęłam się i uderzyłam w ścianę. Tynk pod moimi dłońmi popękał. Stałam nieruchomo i patrzyłam na nie, jakbym nigdy wcześniej ich nie widziała. A gdy mrugnęłam, byłam już na schodach.
𓃦
Zanim zdążyłam pomyśleć o tym dłużej, dzień wrócił do swojego zwykłego rytmu. Sprzątałam tak jak zawsze – mechanicznie. Przenosiłam wiadra między skrzydłami domu, wycierając marmurową posadzkę, aż piekły mnie ramiona. Wyprostowałam się na chwilę i otarłam mokre dłonie o fartuch. W powietrzu unosił się zapach mokrego kamienia i płynu do podłóg.
Ale coś się nie zgadzało.
Nikłe odczucie, ale wystarczyło, żebym znieruchomiała z wilgotną ścierką w dłoni.
Zobaczyłam go w przejściu, między skrzydłami domu. Stał tyłem, rozmawiając ze swoim Betą – Randallem. Śmiał się – swobodnie, głośno – jak ktoś, kto nigdy nie musiał uważać na to, gdzie stawia nogi.
Håkon Sandman. Syn Alfy. Dwadzieścia lat i perspektywy, o jakich większość mogła tylko pomarzyć. Poza tym ramiona jak z żelaza i oczy, od których dziewczynom w watasze uginały się kolana.
Mnie też.
Oparłam się o ścianę i udawałam, że czekam na polecenia. Ale patrzyłam na niego. Na sposób, w jaki się poruszał. Na to, jak naturalnie zajmował przestrzeń.
Kiedyś całe Południe będzie jego. W niedalekiej przyszłości – zgodnie z tradycją – gdy pojawi się więź.
W kuchni ciągle o niej gadali. O poznaniu przez zapach. I widziałam to nie raz. Obserwowałam te „wybrane” pakujące swoje rzeczy i odchodzące do innych watah. Najczęściej po Królewskim Balu. Choć nie miałam prawa, marzyłam, że będę jedną z nich. Mimo że wiedziałam, że zostanę tu, gdzie jestem na zawsze.
Odwróciłam wzrok i ruszyłam korytarzem trzymając się ścian jak cień.
Sięgnęłam po wiadro i ścierkę. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że jestem w składziku i patrzę na brudne szmaty, trochę tak, jakbym nie dowierzała, że je widzę. Uświadomił mi to chichot za moimi plecami.
– Czyżby nasz Kopciuszek nie wiedział, która ścierka najlepiej do niego pasuje? – zakpiła Giselle.
Grupa dziewczyn wybuchła śmiechem. Nie odpowiedziałam – to nie miało sensu.
Giselle podeszła i jednym ruchem popchnęła mnie na wiadra. Była córką Bety. Mogła więcej i dobrze o tym wiedziała. Kiedyś przycisnęła moją twarz do łazienkowych kafelków, tylko dlatego, że za wolno wycierałam okno.
Upadłam z hukiem, uderzając kolanem o wiadro. Ból był nagły i zaskakująco ostry.
– Tam jest twoje miejsce niezdaro! – rzuciła jeszcze na odchodne, zatrzaskując drzwi.
Wiedziałam, że nie wydostanę się ze schowka, dopóki ktoś nie przyjdzie po mop. Przez chwilę klęczałam w zatęchłej wodzie, pozostałej z mycia podłogi. Na spodniach i ramieniu miałam śmierdzące szmaty.
Podniosłam się i zdjęłam je z siebie. Ustawiłam wiadra. A potem skuliłam się w kącie i pozwoliłam sobie na łzy. Nie szlochałam. Po prostu spływały po policzkach.
Oparłam głowę na ramieniu.
Pomyślałam o moim dzieciństwie. Jak niewiele mi z niego pozostało. Biały guzik z ulubionej koszuli mamy. Breloczek z misiem. List od taty, w którym pisał, jak bardzo tęskni. I wspólne zdjęcie obok monet, które znalazłam podczas sprzątania.
Czułam się przez nie jak złodziej. Ale właśnie w tamtej chwili pomyślałam, że w dniu swoich urodzin ucieknę. Albo przynajmniej spróbuję. Zawalczę.
Zacisnęłam pięści.
I wtedy znowu to poczułam. Jakby masa futra otarła się o mnie od środka.
A potem był zapach, którego nie potrafiłabym porównać z niczym innym. Fala aromatu – słodkich migdałów i śliwek. Świat się rozmył – jakbym na chwilę przestała być w sobie.
Zapach narastał w miarę zbliżających się kroków. Ktoś zatrzymał się przed drzwiami. Czułam, że węszy. Zacisnęłam dłonie na kolanach, żeby nie drżały. Miałam nadzieję, że jeśli się nie poruszę pozostanę niezauważona. Po chwili odszedł – jeszcze szybciej niż się pojawił, a razem z nim ten odurzający aromat.
Siedziałam nieruchomo, łapiąc płytkie oddechy. Kilka minut później, drzwi do składziku otworzył Lucas – Sigma, był niewiele starszy. Nie przepadał za mną, ale przynajmniej mnie nie dręczył. Spojrzał z politowaniem i pokręcił głową. Wziął wiadro, mop i zamknął za sobą drzwi.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że zamiast wrócić do pracy, czekam. Nie byłam tylko pewna, na co.
Potem, co jakiś czas czułam ten zapach. Czasem silniej, czasem słabiej. Uparcie nie znikał. Jakbym to nie ja go czuła, tylko on mnie. Jakby na coś czekał. A kiedy skupiłam się na nim naprawdę, nie byłam już w stanie czuć niczego innego.
Nocturn
Nina Rosa
Email: ninarosa.contact@icloud.com
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.