Fragmenty
Każda historia zaczyna się od jednego słowa.
Tutaj możesz zajrzeć do świata Nocturnu – poznać bohaterów, ich emocje i tajemnice.
To tylko wycinki większej całości, ale już one pozwolą Ci poczuć atmosferę,
w której światło splata się z cieniem, a miłość z przeznaczeniem.
Prolog
Rozsiani po całym świecie, jesteśmy w każdej mitologii, w ludowych podaniach i baśniach, opowiadanych na dobranoc. My – dzieci nocy, które ożywają, gdy nadchodzi zmrok.
Śpiewny lud
Woda morza falowała leniwie. Wszędzie dookoła panowała cisza. A jednak, czuć było, że coś wisi w powietrzu. Kolorowa papuga, która przysiadła na pochylonej palmie, z niepokojem skubała pióra. Czujnie obserwowała.
Po plaży przeszedł krab pustelnik. Morze nadal obmywało plażę, ale...
Gdzieś z głębi wyspy przypłynął dźwięk. Kilka nut, które zaczęły łączyć się w całość i splatać w jedną, pełną żalu pieśń. Koiła i rozdzierała serce. Słuchający z pewnością chciałby w niej utonąć, ale śpiewający miał tylko jedno pragnienie – żeby to wszystko dobiegło już końca.
1
Adelaria
Oparłam się o starą linę. Była tak szorstka, że niemal pokaleczyłam sobie o nią dłonie. Wreszcie tak delikatne. Wciąż czułam skutki ukrywania się w ciele starej kobiety. Podniosłam dłoń i z fascynacją obejrzałam ją w ostrym świetle dnia.
Teraz przynajmniej jestem sobą.
– A na kogo t-y czekasz dzie-e-rlatko? – pijany marynarz czknął w moją stronę. Uniosłam brew.
Nie zaszczyciłam go odpowiedzią. Odwróciłam się i ponownie spojrzałam na Jezioro Międzykontynentalne.
– Tak się nie r-o-obi! Trza odpowiedzieć, jak pyt-ają! – złapał mnie za ramię i szarpnął.
Tyle stuleci i nadal się nie nauczyli.
Spojrzałam mu prosto w oczy. Marynarz najpierw pobladł, a potem popuścił. Do całej ferii zapachów, jakie wokół siebie roztaczał doszedł jeszcze smród moczu.
Zrobiło mi się go żal. Dobrze wiedziałam co zobaczył.
Tam, gdzie inni widzieli tylko kobietę zaczepioną przez pijaka, on ujrzał potwora – świecące zielenią oczy, włosy, które wyglądały jak węże i szarpany wiatrem strój.
Duch Wód.
Tak mnie nazywano.
Czasem.
Przeważnie nie próbowałam uprzykrzać nikomu życia. Nazwano mnie tak jeszcze na dworze mojej matki. Na cześć mitycznego stworzenia, którego nikt nigdy nie widział.
Czułam, że wciąż czegoś mi brakuje. Ta nienazwana myśl była jak rysa na szkle.
Starałam się wsłuchać w szum falującej wody, ale gwar ulicy i dźwięk przewracanych mebli w pobliskiej tawernie wyrwał mnie z zadumy.
Potem zobaczyłam, jak przez okno wylatuje krzesło. Upadło na bruk w akompaniamencie tłuczonego szkła i coraz głośniejszych krzyków, dochodzących z tawerny.
– Berian... – westchnęłam.
Podeszłam do krzesła i podniosłam je ostrożnie. Moje buty zachrzęściły na odłamkach, gdy stanęłam na palcach, by zajrzeć przez pustą okienną ramę. Moim oczom ukazał się groteskowy widok – mój kompan zwisał z kolumny podpierającej podwieszany balkon i przedrzeźniał podpitego mężczyznę, który odgrażał się mu rozbitą butelką. Barman stał zupełnie zdębiały, a dziewczyna w obcisłej sukience płakała w kącie i przepraszała, bo „ten facet nic dla niej nie znaczy”.
Nie miałam na to czasu.
Musiałam znaleźć kapitana. I statek. I to nie byle jakiego kapitana. I nie byle jaki statek. I miałam tego dość. Czułam zbliżającą się migrenę.
Chcąc dodać sobie otuchy dotknęłam rękojeści sztyletu przytroczonego do mojego uda. Poczułam jak metal reaguje i mrozi moją skórę.
– Blackwell, szykuj swoje Łabędzie – westchnęłam i skierowałam na stare, kamienne schodki prowadzące do zamglonego doku.
𓆸
Każdy mój krok był wyraźnym stuknięciem na zużytych przez ludzi i czas kamieniach. Zastanawiało mnie to echo, jakbym schodziła do jaskini potwora, a nie zacumowanych statków. Mimo to szłam pewnie, aż do ostatniego stopnia – poślizgnęłam się na dziwnej mazi, której pochodzenia nie chciałam poznać. W ostatniej chwili złapałam się poręczy wykonanej z tej samej starej liny, której dopiero co dotykałam. Zawisłam na niej, przy okazji kalecząc sobie dłonie.
– Ugh… – zacisnęłam zęby i z trudem podniosłam, uważając, by znowu się nie przewrócić.
Mgła w dokach była nienaturalnie gęsta. Wiedziałam, że zbliżam się do celu – łabędzi statek ukrywał się za ochronną kotarą z czarów. Jego kapitan nie życzył sobie gości. O ile w ogóle kogokolwiek sobie życzył.
Możesz zgrywać tajemniczego – pomyślałam uśmiechając się kwaśno – ale mnie nie odstraszysz.
Gdyby to usłyszał zapewne w pięty by mu poszło, ale nie miał okazji zaznajomić się z moimi myślami.
Robiło się coraz ciemniej i duszniej mimo tego, że dzień zbliżał się do samego południa. W którymś momencie uderzyłam o niewidzialną barierę. Odbiłam się od niej delikatnie, jak od membrany. Wyciągnęłam przed siebie dłoń i naparłam na barierę. Ugięła się, ale nie przepuściła mojej ręki.
Westchnęłam. Będę musiała wejść bez mojego największego oręża – magii.
– Skoro tak… Salvae scutum, salvae scutum… – szepnęłam.
Bariera zafalowała, a moja dłoń przeniknęła przez chłodną zaporę. Postawiłam niepewnie krok do przodu i skarciłam się za to w myślach.
Nie bądź dziecinna Adelario. Musisz wiedzieć czego żądać.
Zamknęłam oczy i znalazłam się za barierą. Gdy je otworzyłam, ukazał mi się ponury widok. W dokach znajdował się tylko jeden statek. Olbrzymi trójmasztowiec, wykonany z czarnego drewna. Wszystko na nim było czarne, włącznie z żaglami i linami. Na dziobie, zamiast tradycyjnej syreny, znajdowały się dwa łabędzie stykające się głowami. Były misternie rzeźbione.
– Faktycznie, wyglądają jak żywe – powiedziałam półszeptem, unosząc brwi.
Rozejrzałam się dookoła. Nikogo nie było. Nikt nie wchodził ani nie schodził ze statku mimo opuszczonego trapu.
Podeszłam do statku i stanęłam naprzeciw kładki. Złapałam głęboki wdech i… zdecydowanie za pewnie złapałam za poręcz ze starej liny.
Była śliska i umazała mi rękę na czarno. Jakby chwilę wcześniej opluła ją mątwa.
– Bleeeh… – wzdrygnęłam się.
Wytarłam rękę o połę marynarki. Nie miałam wyjścia. Albo użyję takiej poręczy, albo nie wejdę na statek.
Poprawiłam ubranie i zrobiłam głęboki wdech. Mocno złapałam się poręczy i niemal wbiegłam na statek. Dopiero na pokładzie wypuściłam powietrze i wciągnęłam w płuca trochę tlenu. Szybko tego pożałowałam. Śmierdziało zgnilizną.
Czułam jak śniadanie toruje sobie drogę do mojego gardła. Podbiegłam do sterburty i w ostatniej chwili przechyliłam się by dać upust wszystkim emocjom.
Gdy torsje się skończyły, miałam już miękkie kolana. Wyprostowałam się z trudem i wytarłam rękawem usta. W tym samym momencie usłyszałam za sobą rechot.
Odwróciłam się w kierunku, z którego dobiegał ten przedziwny śmiech. Początkowo niczego nie zauważyłam, musiałam zmrużyć oczy. Ale, gdy zdałam sobie sprawę co wydaje ten dźwięk moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
Na śródokręciu stało dwóch marynarzy. Jeden miał nawet przepaskę na oku, zrobioną z brudnego materiału. Może nie byłby to dziwny widok, gdyby po chwili nie przetarł sobie zdrowego oka językiem.
– Wodniki – szepnęłam.
Musieli mnie usłyszeć, bo zamilkli i zmierzli mnie wzrokiem w najobrzydliwszy sposób. Mój, na szczęście pusty żołądek, ścisnął się boleśnie, gdy przyjrzałam im się dokładniej.
Ich skóra była zielonkawa, palce w dłoniach łączyła błona, a stopy przypominały płetwy. W zasadzie bliżej im było do żab niż do ludzi. W końcu, wodnik z obojgiem oczu przemówił:
– A co taka ładna kobieta robi na Undine?
– Szukam kapitana Blackwella – odparłam nie tak pewnie, jak bym chciała.
– Kapitana nie ma – odpowiedział drugi. – Ale my chętnie pomożemy – zatarł ręce.
– Nie potrzebuję pomocy, dziękuję.
– Chyba jednak potrzebujesz, ślicznotko. A my wiemy jak możemy pomóc – wysyczał.
Zrobiłam krok do tyłu. Sztuczka z Duchem Wód by mi nie pomogła. Wodniki nie są w stanie zobaczyć iluzji. Myśli zaczęły mi się plątać, a czas nagle przyspieszył– nie mogłam uciec, ale nie mogłam tu też zostać.
Byli przy mnie szybciej, niż się spodziewałam. Wodnik z opaską złapał mnie za ramię i zaczął ciągnąć w kierunku otworu prowadzącego pod pokład. Szarpałam się, ale jego uścisk był żelazny.
– Puść mnie! – krzyknęłam.– Oczywiście, że puszczę – odpowiedział i znów przetarł oko językiem. – Jak z tobą skończę – zarechotał.
Zaciągnęli mnie do zejścia. Drugi wodnik zjechał pod pokład korzystając ze starej drabinki. Usłyszałam stłumione, wilgotne plaśnięcie, gdy jego płetwy uderzyły o podłogę.
– Ruk, jesteś już na dole? – krzyknął.– Jestem! Dawaj ją! – odkrzyknął drugi. – Chłopaki! Trafiła się nam żywa kobieta!
Na dolnym pokładzie aż zawrzało. Ciężko przełknęłam ślinę. Serce zaczęło boleśnie uderzać o kości.
Co robić? – myślałam gorączkowo.
Nie mogłam użyć magii. Zablokowała ją ta piekielna zapora. Poczułam wtedy, jak sztylet na moim udzie przypieka moją skórę lodem. Całkiem o nim zapomniałam.
Gdy wodnik zbierał się do zrzucenia mnie na dół, szepnęłam do niego:
– Zejdę sama. Jest was tam wielu, więc chyba lepiej jeśli będę sprawna, prawda?
Wodnik popatrzył na mnie szeroko otwartym okiem. Potem uśmiechnął się lubieżnie. Moje słowa zadziałały, tylko dlatego, że wodniki są znane ze swojej chuci.
– Tylko bez numerów – zmrużył ślipie, po czym je oblizał. – Za tę uprzejmość, ja będę pierwszy – oblizał usta.
– Oczywiście – uśmiechnęłam się słodko.
Gdy tylko mnie puścił obróciłam się niemal jak w tańcu i wyjęłam sztylet.
– Tyle, że po moim trupie – krzyknęłam.
Wodnik ruszył w moją stronę, ale zatrzymał się nagle. W pół kroku.
– Bosmanie, czy możesz mi powiedzieć, co się dzieje na pokładzie mojego statku?
Głos dobiegł zza moich pleców. Niepodobny do niczego, co słyszałam w życiu. Był piękny i… wabiący. Jakby jego jedynym zadaniem było przyciąganie. Gdyby nie nuta goryczy, która psuła cały efekt.
– Kapitanie! – wodnik wyprostował się jak struna i zasalutował.
– Czekam – dodał ze zniecierpliwieniem.
– Ta kobieta dobrowolnie przyszła na nasz statek. Chcieliśmy się trochę zabawić… – ponownie oblizał usta.
Spojrzałam na niego z mieszanką odrazy i niedowierzania.
– A czy ta kobieta chciała się zabawić z wami?
Wodnik zerknął na mnie nerwowo. Widać było, że rozważa odpowiedź. Podniósł dłoń i otworzył usta, ale wyprzedził go jego rozmówca.
– Po trzymanym przez nią scyzoryku wnoszę, że nie. Bosmanie Rhegg, wiesz że jestem spokojnym człowiekiem. Pozwolę ci więc samemu wybrać, komu wymierzysz karę za… niewłaściwe postępowanie. Czy zechce się pani odwrócić?
– To sztylet, nie scyzoryk – powiedziałam, obracając się tak, by widzieć obu.
– To mało istotne. Czego tu chcesz? – odparł mężczyzna.
Odwróciłam głowę w jego stronę. Opierał się o bakburtę i grzebał sobie w paznokciu saksem. Twarz częściowo zasłoniły mu kruczoczarne, proste włosy. Nosił czarne, wysokie buty, które choć zniszczone, nadal wyglądały dobrze. Dopasowane spodnie i czarną koszulę wpuszczoną w spodnie. Błyszczał spod niej srebrny łańcuszek, na którym coś wisiało. Nie mogłam jednak dostrzec co. Jedyny kolor pojawił się na jego ramieniu. Na ramieniu miał zawiązaną czerwoną bandanę. Nie miałam pojęcia po co.
Był bardzo skupiony na tym, co robił, nawet nie raczył na mnie spojrzeć.
– Szukam kapitana Blackwella. Mam dla niego propozycję.
– Doprawdy? A jaką? – wyciągnął dłoń przed siebie i oglądał paznokcie. Nie do końca zadowolony z efektu wrócił do wcześniejszej czynności.
– To powiem tylko kapitanowi.
Wtedy przerwał i uniósł wzrok. Cofnęłam się, gdy zobaczyłam jego oczy. Tęczówki były niemal tak białe, że niemal niewidoczne.
– Przecież z nim rozmawiasz – pochylił się w moją stronę.
– N-nie tutaj – skarciłam się w myślach za to zająknięcie.
Nie możesz wyjść na słabą, Adelario.
– Nie mam tajemnic przed bosmanem Rheggiem. Choć nie wiem, co jeszcze tu robi.
Wodnik skinął nerwowo głową i uciekł pod pokład.
– Mów.
– Chcę popłynąć na Undine w rejs.
Blackwell wrócił do swojego zajęcia.
– Nie.
– Muszę popłynąć na Undine w rejs – powiedziałam hardo.
– Nadal nie.
– Muszę popłynąć do Krainy Koszmarów i kogoś stamtąd wyciągnąć.
– Chyba nie mówię wyraźnie, więc powtórzę: nie.
– Uratował życie komuś, komu nie musiał. Jest tam przez Syleę – rozejrzałam się po zachmurzonym niebie – i nie powinien tam zostać. To dobry człowiek. Wilk właściwie, ale…
– Powiedziałem już, że nigdzie nie popłyniesz. Słucham tego, co mówisz, ale zupełnie mnie to nie obchodzi.
– Nie straciłeś nigdy nikogo? – wypaliłam.
Spojrzał na mnie wzrokiem demona z dna najczarniejszych wód.
– Undine nie pływa w rejsy tak po prostu.
– Zapłacę.
– Czym? Złota nie chcę – spojrzał na mnie pogardliwie.
– Tym – wyjęłam z torby fiolkę przypominającą nóż. Przelewał się w niej czerwony płyn. – Wiesz co to? – zapytałam.
Skinął głową.
– Za to chcę popłynąć do i z. Będę mieć wikt i opierunek dla siebie i…
– Nie było mowy o nikim więcej.
– Ale teraz jest. Nazywa się Berian. Też jest wilkiem.
– Twój psi wybranek? Urocze – syknął.
– Nie jest moim… Z resztą co ci za różnica? Płyniemy we dwoje. Dostaniemy osobne kajuty i święty spokój. Nikt z twojej załogi nie będzie nas zaczepiał – zerknęłam na otwór dolnego pokładu. – A potem, jeśli będzie trzeba… pomożecie nam wydostać z Krainy Snów mojego przyjaciela.
– Dwóch? Nie rozdrabniasz się.
Zacisnęłam zęby i zignorowałam go. Był młody. Zbyt młody na przeklęty statek. Jedyną jego zaletą było to, że mógł mnie zabrać do Francesca.
– Umowa? – zapytałam i wyciągnęłam do niego rękę.
Spojrzał na nią z pogardą.
– Możecie z nami płynąć. Załoga nie będzie was zaczepiać, ale też nie pomoże w waszej wyprawie. Możecie być na pokładzie tylko w ciągu dnia. Noc spędzacie w kajutach. Jeśli któreś z was wyjdzie, zrobi to na własne ryzyko. A jeśli dożyje ranka, to zostanie przeze mnie stracone. Odpływamy za pół godziny.
Pokiwałam głową.
– A i jeszcze jedno: nigdy nie zawieraj umów na Undine – dodał, niknąc w cieniu statku.
Nocturn
Nina Rosa
Email: ninarosa.contact@icloud.com
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.